W tym miesiącu przewidziano cykl opowieści dla Lutka.
Pierwsza część to historyjki sztućcowe.
Ciekawa jestem, co też Wam opowiedzą...

Miecz, rzucony w kąt sali rycerskiej, leżał bezczynnie od wielu lat.
Jego moc, uśpiona, wciąż jednak mogła zmienić świat.
Ach gdyby tak ktoś wreszcie mnie odnalazł – myślał Miecz. Czyżby wszyscy dzielni rycerze o mnie zapomnieli? Czy tu właśnie pozostanę po kres?
Tak to wspominając dawne czasy, gdy siał popłoch wśród wrogów czekał cierpliwie na lepsze dni.
Padał deszcz i wył wiatr, gdy nagle Miecz usłyszał czyjeś kroki. Zastygł w oczekiwaniu.
Do komnaty wszedł człowiek wątłej postury, przemoczony i licho odziany. Wyglądał raczej żałośnie. Miecz wiedział jednak, że to wszystko nie ma znaczenia.
Hej, tu jestem rycerzu – wołał – ze mną odzyskasz siły, podejdź tu, słyszysz?
Ten jednak zdawał się być głuchym na wszelkie wołania. Usiadł pod ścianą i wyciągnął butelkę.
Pewno spragniony długą drogą - pomyślał Miecz – odpocznie to się mną zajmie.
Minęło wiele godzin, Miecz czekał jednak cierpliwie. I stało się. Oto mężczyzna wstał i ruszył w jego stronę.
Teraz – myślał z radością. Krople dziwnie ciepłej cieczy spadły niespodziewanie na jego
ostrze.
Obmywa mnie z pyłu wieków – ucieszył się Miecz.
Mężczyzna skończył sikać i wtedy dostrzegł miecz. Zaciekawiony podniósł go do góry.
Żelastwo – mruknął i wrzucił miecz do worka.
Mam nowe imię mówił Miecz do siebie i starych gałganów, na których wylądował.
Te jednak zdawały się go nie dostrzegać.
Miło, że wpadłeś – szepnęła nieśmiało aluminiowa łyżka.
A ty kim jesteś – zapytał Miecz. Nie spoufalaj się tak – dorzucił po chwili.
Chciałam być miła – szepnęła łyżka.
Nie musisz być miła, lepiej powiedz jak ma na imię ten zacny rycerz, który mnie wziął w posiadanie.
Rycerz? – w głosie łyżki było wiele zdziwienia, nawet zbyt wiele jak na sztućca.
Rycerz, rycerz – zawołał Miecz. Szlachetny człek, który pragnie zbawić świat.
Ach, o to ci chodzi – zawołała łyżka i wybuchnęła śmiechem.
I z czego tak się śmiejesz? – Miecz był lekko zirytowany.
Waldek, tak ma na imię twój rycerz – wołała wciąż śmiejąc się do łez.
Waldek! – powtórzył z powagą Miecz. Piękne imię. Waldek i jego Żelastwo – wyrecytował patetycznie. Łyżka ucichła nagle.
Skąd wiesz, że tak na niego wołają.
Miecz swego pana wie o nim wszystko – odpowiedział Miecz. Po chwili jednak spojrzał na łyżkę i zapytał.
Kto woła ?
No dzieciaki i kumple – łyżka puściła oko. Miecz wzruszył ramionami i odwrócił się do łyżki plecami.
To normalne, że bracia rycerze zwracają się do siebie po imieniu, a gawiedź mnie nie obchodzi.
Ale ty jesteś ważny! – zawołała łyżka ze złością i zacisnęła usta obiecując sobie, że już nic nie powie.
Minęło kilka dni. Łyżka co jakiś czas wędrowała z worka na zewnątrz i z powrotem. Miecz tym czasem wciąż kołatał się pomiędzy gałganami. Wreszcie nie wytrzymał i zapytał łyżki.
Co się tak kręcisz?
No wiesz, śniadanko, obiadek, mam obowiązki, nie to, co ty.
Czekaj, czekaj, zobaczymy wkrótce. Mam przeczucie, jakiś smok albo banda rabusiów. Wtedy pogadamy i gały wyjdą ci na wie...
Nie zdążył dokończyć bo ręce jego pana wyciągnęły go z worka. Oslepiony światłem w pierwszej chwili nie wiedział, czego oczekuje jego pan. Naprzeciwko stał jakiś nędznie odziany człeczyna i coś wykrzykiwał.
Miecz od razu pojął, w czym rzecz. Tamten obraził jego pana i teraz nadszedł jego kres. Miecz już czuł jak zagłębia się w kruche ciało i tnie mięśnie i kości. Naprężył się cały, bo pan właśnie uniósł rękę i przymknął oczy by lepiej rozkoszować się ciosem.
Jakież było jego zdziwienie, gdy poczuł zgrzyt metalu. Czyżby tamten miał zbroję – pomyślał i otworzył oczy. Leżał na stosie blach i kłębach drutu a jego pan odchodził właśnie bez niego w siną dal. Zdało mu się jeszcze jak z worka łyżka woła ‘żegnaj’ czy coś takiego i stracił przytomność.
Kiedy doszedł do siebie, ktoś niósł go w dłoniach. Wokół było ciemno i pachniało siarką.
Miecz ożywił się, ktoś znowu odkrył jego moc i postanowił wykorzystać to jak należy. Znał on tę woń przykrą i ciepłote nieznośną. Nie raz i nie dwa łby paskudne ścinał smokom ohydnym a i dziewicę przy tym ( nie zawsze w całości ) widział. I oto znów szedł walczyć z bestią. Wspomnienia te tak intensywne były, że miecz wreszcie przypomniał sobie jak ma na imię i bardzo go to ucieszyło.
Bój się smoku – zawołał. Oto nadchodzi Calibur, miecz prawy i cnotliwy co czynów ma wiele przecudnych na swym koncie.
Ciepłota stała się nieznośna jak nigdy a i ciemność łuną pomarańczową nagle się rozjaśniła.
Miecz dostrzegł wreszcie twarz niosącego go człowieka. Zdała mu się dziwnie znajoma.
To ty? – zapytał nieśmiało.
Arturze, pośpiesz się – zawołał jakiś głos z oddali i miecz już nie miał wątpliwości.
Och, Artur, jak miło, znowu razem, znowu. – ze wzruszenia aż odebrało mu głos.
I wtedy smok rozwarł paszczę ognistą. Buchnęły iskry i Miecz zadrżał. Ten smok był ogromny i jeszcze nad paszczą wyryte miał swe imię. A było one równie straszne jak sam smok.
Mar te now ski – zdążył przeczytać miecz nim Artur cisnął go w paszczę smoka.
Udław się – krzyknął miecz – oto ja, Calibur ...
Ex Calibur – zawołał smok i mlasnął ze smakiem.
I tak zakończył swój żywot miecz, co wiele mógłby nam opowiedzieć gdyby był.
Nikt po nim nie płakał, bo i po co.
No może łyżka, ale łyżki są dziwne, może jeszcze dziwniejsze niż miecze?
Ertu :)
eM
Właśnie dziś, kiedy mogłam wybierać - kurczak czy brokuł, właśnie teraz, kiedy staram się nie jeść mięsa (dla własnego zdrowia) trafiłam na tego robala. Właściwie mnie to nie zdziwiło (co nie oznacza, że nie wkurzyło), bo odkąd pamiętam ze wzmożoną częstotliwością przydarzają mi się takie rzeczy [włosy w TYLKO moim jedzeniu to już powszechne zjawisko, do tej pory pamiętam także jak po kilku michałkach w kolejnym (i ostatnim zarazem) znalazłam podobną larwę]. To właśnie moja opowieść dziwnej TREŚCI na dziś i w tym tygodniu.